dailyvideo

Niech stosy zapłoną na nowo. Podła przeszłość jako produkt turystyczny.



Czy są Państwo religijnymi fanatykami? To nie czytają Państwo tego tekstu albo czytają go mimo to. Historia Zielonej Góry obfitowała bowiem w akcje palenia „czarownic” w imię krzewienia wiary. Wyobraźcie sobie Państwo stos na rynku w Zielonej Górze, a na nim spętaną, zmaltretowaną kobietę, nierzadko tylko ruchome jej strzępki cudem przebyłe tortury. Delikwentkę podpalano, a tłum z upodobaniem wysłuchiwał się w jej jęki, ulatujące w już oczyszczony od uroków tejże czarownicy świat.

Palenie czarownic- to był niewątpliwy szlagier naszego miasta i przyniosło mu europejską „renomę” w tej branży, bowiem jak donoszą liczne źródła, to właśnie w Zielonej Górze uparcie czarownice palono, i to aż najdłużej w Europie. Ostatnia taka akcja miała miejsce jeszcze w latach 1652-1669, a proceder palenia żywcem mieszkańców miasta pod takimi „niewinnymi” dziś zarzutami jak np. species amatoria, tj. nakłaniania niewiast i mężczyzn do lubieżności, ukróciło dopiero zarządzenie cesarskie wydane w 1669 roku, które pozbawiło sąd zielonogórski prawa wyroków śmierci na czarownice.

A my o tych tradycjach, może i niesławnych, ale przecież tak oryginalnych, zapominamy lub tez wolimy zapomnieć. Dlaczego nie zrobić z tego procederu naszego miasta, którym zasłynęło już w oświeconej siedemnastowiecznej Europie, produktu eksportowego, hitu turystycznego? W Europie niektóre miasta organizują festiwale palenia czarownic, czemu więc zapominać o tych kartach przeszłości w Zielonej Górze? Zwłaszcza że zginęło bardzo wiele niespecjalnie winnych osób, a ich procesy są dość dobrze udokumentowane. Jak mogły np. tak sędziwe kobiety jak Maria Wojtel (74 lat), Sabina Grasse (78 lat), Anna Neuman (64 lata) czy Anna Stach (85 lat) spółkować z diabłami? Jednak niektóre z nich się do tego przyznały…

A o co je oskarżano? Z kart protokołu zielonogórskiego procesu dowiadujemy się, jakie pytania stawiali sędziowie oskarżonej: "Przyznajesz się, żeś szwagrowi swemu troje dzieci uśmierciła? Przyznajesz się, żeś działała w porozumieniu z diabłem i jemu ciało i duszę sprzedała? Przyznajesz się, żeś ze złym duchem już przez cztery lata nierząd uprawiała? Przyznajesz się, żeś ze Złym wymienione wyżej osoby na Łysej Górze widziała? Czy to prawda, że oskarżonej czart maścią czarownic czoło i piersi smarował? Czy to prawda, że diabeł do niej na balkon przyszedł? Czy to prawda, że miał czarne ubranie i buty i wyglądał jak czeladnik sukienniczy? Czy to prawda, że nazywał się Martin? "

Dlaczego zapominamy o czarownicach, które spłonęły w Zielonej Górze? Zasługują nie tylko na pamięć, ale może nawet na pomnik (z „prawdziwymi” gazowymi płomieniami, tak jak z paszczy smoka wawelskiego) i święto czarownic ku ich pamięci. Ku pamięci ich strasznego losu i tragikomicznego uporu ówczesnego wymiaru sprawiedliwości, którego wyroki spowodowały spalenie żywcem lub stracenie co najmniej 18 mieszkańców miasta i okolic.

Dla przykładu, torturowana Elżbieta Grasse była odporna na ból. W odpowiedzi na jej uparte milczenie zarządzono silniejsze tortury: "należy nie według zwyczajnego stopnia, jeno sznurami skrępować, hiszpański but ścisnąć i dalej próby te dozować". Kobieta ta do niczego się nie przyznała, ale mimo to spalono ją żywcem 6 lutego 1665 r. Inna kobieta palenia żywcem nie doczekała. Anna Klich z Przylepu zmarła po torturach 4 listopada 1663 r., a jej ciało spalono, stwierdzając iż "zmarła przez diabła uduszona, bo jej szyja całkiem chwiejna i spuchnięta była".

Nie zapominajmy o przeszłości, nawet tej niekorzystnej dla np. dogmatycznych katolików, wciąż w głębi duszy wierzących w diabły. To wszystko się zdarzyło w naszym mieście, i nie powinno się o tym nie zapominać i tego wymazywać, lecz przypomnieć to potomnym i bezceremonialnie wywlec na światło dzienne obłudę i zakłamanie tamtych procesów, okrucieństwo sędziów i tragedię skazanych, którzy byli na ogół tak biedni, że nawet nie stać ich było na obronę. Dlaczego te tak fascynujące zwalczającą zabobony siedemnastowieczną Europę procesy zielonogórskie mają dalej kisić się na kartach spisanych łaciną sądowych protokołów?

Zróbmy z nich sztandarowy produkt turystyczny naszego miasta. Na rynku wznieśmy stos, a może i pomnik, stwórzmy nieopodal rekonstrukcję komnaty tortur, zapewnijmy zainteresowanym wgląd w akta tamtych przepełnionych krwią procesów, a może nawet odtwórzmy wygląd ówczesnej sali sądowej i zaprezentujmy im pokazy multimedialne procesów i tortur. Co jakiś czas można też urządzać festiwale czarownic, w czasie których stosy możnaby na nowo zapalić i odtworzyć jęki palonych kobiet w systemie dolby surround.

Zaprośmy więc na nowo chętnych krwi i zainteresowanych paleniem ludzi żywcem na procesy czarownic. Niech stosy zapłoną wysoko- może dostrzegą je turyści, nie widzący dziś w Zielonej Górze nic ciekawego. Nie ma się co dziwić, wszak łaciny nie znają, więc nawet widząc w muzeum pożółkłe akta tamtych krwawych procesów nie zapoznają się z ich zawartością, a i miejscowi nawet tych kart historii jeszcze nie otworzyli. Jakby wciąż skrywało te sprawy uczucie hańby lub wstydu. Jeśli tak, to dlaczego się z tym uczuciem chować? Nawet gdy jest to niekorzystne dla obrazu miasta i świadczy o dawnych zabobonach i prowincjonalności, to jest przecież prawdziwe.

A dziś właśnie ludzie interesują się tymi niewygodnymi, niekiedy nawet kompromitującymi prawdami z kart historii ludzkości, schowanymi gdzieś głęboko w archiwach. Turyści szukają dziś prawdziwych śladów przeszłości, a ta dość rzadko była chwalebna. Jeśli staramy się ją upudrować i na siłę „upoprawnić” do naszego moralnego widzimisię, to staje się nudna, nierealna, nieatrakcyjna. A takiej historii nie chcą goście naszego miasta, i głosują nogami, jeżdżąc gdzie indziej, mimo że to właśnie w Zielonej Górze na wpół zmiażdżone w torturach czarownice palono w ilościach półhurtowych. Skoro rozsławiło to nasze miasto w XVII-wiecznej Europie jako stolicę krwiożerczego zabobonu, to dlaczego nie miałoby przyciągnąć rzesz turystów dziś? Bardzo chciałbym, by kiedyś turyści mogli się sfotografować przed (najlepiej płonącym) stosem - pomnikiem zielonogórskich czarownic, i uważam, że miasto mogłoby na swej nieco podłej historii wreszcie zacząć nieźle zarabiać, zamiast w panice upychać ją w archiwach.

Nie wiadomo tylko, jak obecne władze zareagują na te nowalijki, wszak sprawa ma też podłoże wyznaniowe, albowiem tamte zamierzchłe procesy umotywowano religią. Jakie to szokujące: od tamtych wydarzeń minęło kilkaset lat, a wciąż ich temat jest po części niepoprawny, drażliwy i niewygodny dla co po niektórych. Zupełnie tak jakbyśmy nie odeszli zbyt daleko od wiary w diabła i mieli wciąż pewne wątpliwości moralne. Nie bójmy się- inni też je mają, i z chęcią pofatygują się do naszego miasta, by skonfrontować swe oceny z historią tutejszych poszukiwań diabła w ludziach poprzez ich ściskanie, przypalanie i zgniatanie. Diabła, który, z perspektywy czasu oceniając, znaleziony winien być raczej u tych, co owego diabła tak gorliwie poszukiwali.

Źródła
"Extract Protocolli Judycij Grunbergensis ex actis Inguisitionalibus et Processu criminali contra Maleficas de annis 1663, 1664, 1665". W zbiorach muzeum zielonogórskiego.
Korcz W.: Procesy czarownic w Zielonej Górze w XVII wieku, "Roczniki Lubuskie", 1959, nr I.
Korcz W.: Procesy czarownic w Zielonej Górze w XVII wieku. Z badań nad przeszłością Ziemi Lubuskiej, Zielona Góra 1967.
Szcześniak G.: Czarownica alla Polacca, On-line w Internecie, http://paganwheel.w.interia.pl/toiowo/polacca.html

Posted by Adam Phoo on 07:06. Filed under , . You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0

0 komentarze for Niech stosy zapłoną na nowo. Podła przeszłość jako produkt turystyczny.

Leave comment

Ostatnie doniesienia

Ostatnie komentarze

Galeria zdjęć